International Festival
of Independent Cinema

26.04 – 05.05.2024, Kraków

„Kim byliśmy w górach?” | recenzja „Śnieżnego bractwa”

Katastrofa lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571 z 1972 roku „doczekała się” dwóch książek i pięciu filmów. Gdy po raz szósty postawiono na ekranizację tego incydentu i za pośrednictwem Netflixa powierzono nadzór nad projektem J.A. Bayonie, to wiara w faktyczne odwzorowanie wydarzeń odżyła.

Fabuła filmu choć w większości wzorowana na poprzednich produkcjach i wydarzeniach z 1972 roku obudowana jest w nie najgorszy scenariusz. W pierwszym akcie mającym formę prologu widownia zapoznaje się z bohaterami feralnego lotu, którzy w większości są 20-kilkuletnimi chłopcami, członkami drużyny rugby i ich najbliższymi przyjaciółmi. Jednym z nich był Numa Turcatti (Enzo Vogrincic), który wyniesiony przez reżysera jest jako główny bohater i narrator wydarzeń. Jego przeszywające, niejednokrotnie też ckliwe monologi z offu budują atmosferę filmu. Numa początkowo niechętny podróży ostatecznie decyduje się na nią i przez lwią cześć po rozbiciu samolotu angażuje się aktywnie w walkę o przetrwanie.

Samo rozbicie samolotu jest trochę kartonowe, a momentami nad wyraz efektowne, jednak jest ono tylko początkiem „właściwej” części filmu. Większość pasażerów na pokładzie zginęła natychmiast (samolot został przecięty na pół przez górę). Po kilku dniach poszukiwania zostały odwołane, o czym Ci co przeżyli dowiadują się z radia. Gdy opadło złudzenie szybkiego ratunku, rozpoczęła się walka o życie.

Poza samym Numą trudno wyróżnić tylko jednego z walczących o utrzymanie „rozbitków”. Jako całość tworzą bohatera zbiorowego, który w każdej minucie musi podejmować bardzo trudne i fizycznie i moralne decyzje. Gdy nadchodzi widmo wyczerpania się zapasów żywności (składających się głównie z przekąsek), pojawia się wśród ocalałych strach przed podjęciem decyzji ostatecznej – ucieczki do kanibalizmu na martwych towarzyszach. Zawierają pakty między sobą, deklarując, że po śmierci zezwalają na użycie zwłok jako posiłku w niedalekiej przyszłości. Ostatnim wahającym się jest Numa, który po wielu próbach przymuszania go do kanibalizmu zmusza się i automatycznie popada w szloch. Dokładnie w tamtym momencie upadła jego ostateczna deska ratunku i zdał sobie sprawę, że może faktycznie nie wrócić już nigdy do domu.

Otoczenie rozbitków to tylko góry, śnieg i wrak samolotu przypominający coraz bardziej cmentarzysko. Momenty histerii i załamania psychicznego przerywane są przez momenty radości, które tylko na chwile pozwalają uciec żywym ofiarom katastrofy od dramatu, w którym się znaleźli. Szala przechyla się na ich niekorzyść już nieodwracalnie, gdy wielka śnieżyca zasypuje cały wrak samolotu. Bohaterowie zmuszeni są przetrwać 4-5 dni w klaustrofobicznych warunkach.

Film w niezwykle mocny sposób wywiera emocje wynikające z dylematów moralnych i aspektów wiary oraz etyczności działań bohaterów. Rozbitkowie porcjują „brudne” jedzenie i w bardzo trudnych sytuacjach uciekają się do jeszcze trudniejszych decyzji. Jeden z bohaterów wyznaje „jako lekarze zrobiliśmy wszystko, teraz musimy zostać grabarzami”. Kolejne dni są oznaczone na ekranie, a ci, którzy zginęli, otrzymują epitafia na ekranie. Jednak ich odejście odbierane jest dwutorowo, owszem ich śmierć w trudnych warunkach wiele dni po rozbiciu samolotu jest wstrząsająca, ale nadal nie mieliśmy zbyt wielu okazji, żeby ich „bliżej” poznać.

Bayona poza wspomnianym krótkim prologiem nie buduje charakterów swoich postaci, rzuca je na głęboką wodę i momentami jest to zauważalne, że ucieka się uproszczeń fabularnych. Przykładowo, gdy ktoś nagle okazuje się ekspertem od jednej dziedziny, a inny od drugiej. Nawet jeśli było to zbliżone do prawdy, albo zgodne w stu procentach ze stanem faktycznym to sposób przedstawienia takich elementów przez Bayonę budzi wątpliwości. Niemniej jednak bohaterowie nie podejmują samych idealnych decyzji, mają miejsce na błąd i koniec końców wyglądają niesamowicie naturalnie, a efekt finalny jest satysfakcjonujący mimo niedociągnięć.

Jako ostatni, 11 grudnia 1972 umiera Numa zostawiając po sobie kartkę z napisem „nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje życie za przyjaciół swoich”. Trójka z pozostałych rozbitków decyduje się na podróż w kierunku Chile. Po czasie z uwagi na brak wystarczającej ilości zapasów jeden z nich wraca i zostawia misję ratunkową na barkach Roberto i Nando. To oni, umierający z głodu, otoczeni przez swoich zmarłych bliskich, z których wielu zmarło w ich ramionach, z których wielu musieli następnie zjeść, byli na tyle niezłomni psychicznie, by wyruszyć po pomoc, wiedząc, że mogą umrzeć po drodze, ale przynajmniej umrą, próbując przetrwać. Ocaleni, gdy dowiadują się, że Nando i Roberto uzyskali pomoc przygotowują się na właściwe przywitanie grupy ratunkowej, goląc i myjąc się.

Po premierze filmu, jeden z ocalałych – Nando Parrado stwierdził, że „jeśli chcesz się dowiedzieć co tam się stało, to musisz obejrzeć ten film”. Co prawda film pomija kilka faktów związanych z wydarzeniami z 1972 roku, jednak nie tylko dla osób chętnych poznania tajemnicy katastrofy w Andach jest on godnym polecenia filmem katastroficzno-survivalowym.

Marcin Telega

fot. materiały promocyjne „Śnieżne bractwo”