13.07.2017
Zrzęda o złotym sercu
„Mężczyzna imieniem Ove” długo kazał na siebie czekać. Ta urokliwa opowieść po dwóch latach wreszcie trafia na nasze ekrany, dzięki czemu możemy w końcu przekonać się, czym ujęła członków oscarowej kapituły.
Zrzęda o złotym sercu
Kadr z filmu "Mężczyzna imieniem Ove"
źródło: materiały prasowe

Nominowany do Oscara w aż dwóch kategoriach („najlepszy film nieanglojęzyczny” oraz „najlepsza charakteryzacja”) film szwedzkiego reżysera Hannesa Holma przedstawia zmagania tytułowego bohatera z wyjątkowo oporną rzeczywistością, która na każdym kroku zdaje się równocześnie wkurzać i rozczarowywać. Ove jest zgryźliwym, czepliwym służbistą, a także dozorcą – dyktatorem pilnującym porządku na małym osiedlu w Szwecji. Przegania psy załatwiające swoje potrzeby w niewłaściwych miejscach, spisuje rejestracje krzywo zaparkowanych samochodów, poprawia ustawione niemal wszędzie znaki zakazu. Swoim pragnieniem zachowania statusu quo znacząco utrudnia życie innych mieszkańców, widzących w jego wysokiej sylwetce wieczne źródło problemów i narzekania. Mało kto jednak wie, że trudny charakter mężczyzny nie jest wrodzony, lecz nabyty w niekończących się bataliach z odczłowieczoną biurokracją oraz dojmującą samotnością, a rzekomo ukochany przez niego status quo to istne źródło cierpień.

Szczegóły życia tytułowego bohatera poznajemy przede wszystkim za pośrednictwem długich i nieco chaotycznych retrospekcji, zrealizowanych z dużą dbałością o szczegóły. Wiele z nich zawiera interesujące tropy i spostrzeżenia na temat skandynawskiej natury oraz specyfiki szwedzkiego państwa na przestrzeni lat. „Mężczyzna imieniem Ove” zarysowuje liczne istotne tematy (będące przedmiotem zainteresowań zachodnich dostatnich społeczeństw), takie jak: miejsce seniorów w społeczeństwie, asymilacja imigrantów, uciążliwość państwa opiekuńczego oraz mroczne strony biurokracji. Niestety film żadnemu z tematów nie przygląda się bliżej, prześlizguje się jedynie po ich powierzchni i pozostawia w tej mierze spory niedosyt. 



„Mężczyznę imieniem Ove” można jednak zestawić z inną niedawną produkcją z dalekiej północy. Film Holma to właściwie fabularne postscriptum do świetnego, choć skrajnie manipulanckiego dokumentu „Szwedzka teoria miłości” (2015), którego twórca, Erik Gandini, skutecznie przekonywał, że choć Skandynawia jest dostatnią krainą mlekiem i miodem płynącą, to zamieszkujący ją ludzie wcale nie są szczęśliwi. Skrajnie opiekuńcze państwo, a także rozpad podstawowych więzi powoduje, że ludzie nie żyją pełnią życia. Oddzielają się od siebie, egzystują w izolacji, niemal nie mają kontaktu ze sobą nawzajem. To nie pełna ciepła i radości rodzina z katalogu Ikei, lecz samotność i smutek stanowią dominantę nowego szwedzkiego stylu życia. Sygnalizowane przez Gandiniego zagadnienia zostawiają widza z silnym uczuciem zaniepokojenia, a idealnym lekarstwem na nie zdaje się być „Mężczyzna imieniem Ove”.

To właściwie poradnik uczący, jak krok po kroku poradzić sobie z samotnością, a w rezultacie nie umrzeć w zapomnieniu oraz smutku. Cel filmu jest niewątpliwie szczytny i pewnie niejeden z nas będzie od teraz uważniej przyglądał się narzekającym na wszystko staruszkom, jednak równocześnie „Mężczyzna imieniem Ove” wydaje się wyrachowany i nie do końca uczciwy, jakby obliczony na wzruszenia. Brakuje mu lekkości i swobody, jaką miała podobna gatunkowo „Dama w wanie” (2015), także opowiadająca historię wyjątkowo niesympatycznej starszej osoby. Film Holmsa jest więc lekarstwem nie do końca skutecznym, rozczarowującym krótkim czasem działania. Owszem, polepsza samopoczucie, jednak nic specjalne nie zmienia i szybko przechodzi się nad nim do porządku dziennego. Zaczyna się szukać innych, bardziej efektywnych środków o trwalszych skutkach. A takich na całe szczęście jest całkiem sporo, bowiem w historii było już wiele filmów, które lepiej i skuteczniej przekonywały, że zasada „kochaj swojego sąsiada” to właściwy fundament społecznego porządku.

Kaja Łuczyńska