22.12.2017
"The Florida Project" [RECENZJA]
Każdy motel kusi inną nazwą krainy magii, czaru, czegoś nie z tej planety. Architektura w stylu domków dla lalek sąsiaduje z bajkowym Disneylandem. Zabawa w takim raju kosztuje około 1700 dolarów. Prawdziwa radość w „The Florida Project” jest jednak znacznie mniej kosztowna. To śmietankowe lody, pająk biegający po różowym chodniku, słońce, w którym topi się leniwie każdy kolejny dzień.
"The Florida Project" [RECENZJA]
Kadr z filmu "The Florida Project"
źródło: materiały prasowe

Najnowszy film Seana Bakera, „The Florida Project” jest synestezyjny. Ściany różowego motelu nagrzane są od upału, syrop do naleśników pachnie sztucznym cukrem, a najchłodniejszym miejscem w samo południe będzie zacieniony kawałek betonu. Można na nim wygodnie usiąść i snuć plany na wszelkie zabawy. Baker, w tym wykreowanym, estetycznie wysmakowanym i przefiltrowanym przez różowe wschody słońca świecie podąża z kamerą za grupką dzieciaków. To lato spełniania marzeń, nieskończonych wariactw i dziwienia się. Próbowania życia. Moonee i Scooty (fantastyczni Brooklynn Prince oraz Christopher Rivera) – najmłodsi mieszkańcy motelu Magiczny Zamek włóczą się od zdarzenia do zdarzenia, od jednej przygody do drugiej. Przez te niewinne podróże widzowie zostają zaproszeni do dziecięcego, drżącego nowością świata, o którym, jak przypuszczam, szybko i łatwo można zapomnieć.

Narracja tych nieustających wakacji prowadzona jest bardzo zmyślnie. Reżyser, rezygnuje poniekąd ze zwartej fabuły, by, nigdzie się nie śpiesząc, przyglądać się poszczególnym sytuacjom. Konkursie na najgłośniejsze pierdzenie, dalekie plucie, grzebanie patykiem w ziemi, udawanie mowy krów. I tak, kradnąc widza z obecnej rzeczywistości, można się znaleźć w świecie, w którym prymu nie wiedzie chronologia, a zdarzeniowość. Patrzy się i myśli tak jak dziecko. Można być niewinnym, lekkim, świeżym, zadziwionym obserwacją kolejnych, maleńkich elementów dnia. Do tego nie potrzebne są nowe zabawki, ekrany, animatorzy i zaplanowane gry. Oczywiste, przecież czysty świat staje się placem zabaw. 


 Willem Dafoe za rolę w filmie "The Florida Project" otrzymał nominację do Złotego Globa / fot. materiały prasowe

Najnowszy film Seana Bakera nie jest jedynie opowieścią o pewnych upalnych dniach jakichś dzieciaków. Równolegle do ich wędrówek rozwija się znacznie bardziej harmonijnie poprowadzona rzeczywistość dorosłych. O ile dziecięce spacery po motelach to kolejna przygoda, tak dorosła tułaczka w walce o kolejnego dolara jest już prawdziwą przeprawą śmiejącą się w twarz rachitycznej konstrukcji american dream. Nie ma żadnych obietnic i marzeń. W tym świecie, na pierwszy plan wysuwa się Halley (Bria Vinaite) – matka głównej, najmłodszej bohaterki. Wytatuowana, zielonowłosa kobieta uparcie próbująca przekonać siebie i innych, że poradzi sobie z życiem. Jednak galeria bohaterów jest znacznie szersza. Od podobnych do Halley młodych dziewczyn prowadzących swój flirt z nomadycznym, zakrawającym o patologiczne lub marginesowe życie, przez Bobby’ego (WillemDafoe) – strażnika motelu, służbę porządku, po inne motelowe osobliwości – rudą kobietę opalającą się topless nad basenem, parę turystów, którzy spędzają swój nie do końca wymarzony weekend w miejscu czaru i tęczy.

Baker nie dzieli bohaterów, nie umiejscawia ich w konkretnych miejscach. Mimo różnic – klasowych, pokoleniowych, charakterologicznych – tworzą oni zwarty świat, w którym młodość i dojrzałość swobodnie się mieszają. Czy trzeba dorastać? Film zdaje się cicho odpowiadać, że wypadałoby, jednocześnie kultywując odważnie momenty czystej, prostej radości. Obejrzanych fajerwerków, szalonych zakupów w supermarkecie, wróżkowych skrzydełek, naiwnie założonych na plecy…

Szczególnie interesująca w „The Florida Project” wydaje się jednak relacja pomiędzy matką, a córką. Tutaj, kolaż dorosłości z dzieciństwem miesza się najsilniej. Chociaż postać Halley to figura znana w kinie już bardzo dobrze. Opowieść o white trashach pamiętać można z zeszłorocznego „American Honey” (reż. Andrea Arnold, 2016), a sama bohaterka sprawia wrażenie nieco podobnej do roli Charlize Theron w bardzo dobrym „Monster” (reż. Patty Jenkins, 2003). Choć o sytuacji Halley oraz Moonee niewiele wiadomo sam szkielet schematu jest jasny. Matka bez środków na utrzymanie córki, ojciec nieobecny, społeczność mieszkająca w motelu coraz gorzej nastawiona do bohaterki. Mimo pewnej powtarzalności tej figury, widać w emocjonalnej Halley ogromny radykalizm, wyszarpaną siłę. Pewną dychotomię – obecność kruchości i determinacji w jednym momencie.

Z tym nakreślonym problemem – narastającą ciężką sytuacją finansową Halley i jej upadającą w motelu reputacją czuć ucieczkę od dziecięcej sielankowości. Z biegiem fabuły coraz mniej jest scenek przygód dzieci. Konflikt narasta, aż w końcu znajduje swoje ujście. Dramatyzm Bakera nie jest jednak wykrzyczany, natrętny, manipulujący widza. Wyważenie problemu, znalezienie pewnego punktu pomiędzy tragedią, a amerykańskim happy endem wzbudza tutaj ogromne wrażenie.

Baker, opowiadając jednocześnie o dzieciństwie oraz stawiając diagnozę amerykańskiego społeczeństwa, doprowadza swoją rzeczywistość do estetycznej wirtuozerii. Kolorowe ściany, budki z lodami, tatuaże w kształcie róż, duszna łazienka, w której można słuchać hip-hopu bawiąc się lalkami. To świat, który zamiennie staje się przestrzenią należącą do dziecka oraz infantylną fasadą krainy doskonałej. Zamku do którego można przyjechać na wakacje, jakiegoś landu, który zapewni rozrywkę na weekend, czy nawet dalej, utopijnej krainy, w której wszystko płynie różowymi wspomnieniami i fioletową przyszłością. Taka wariacji na temat Disney’a nie istnieje, choć trochę jej chyba potrzebujem, zdaje się podpowiadać Baker.


                                             Kadr z filmu "The Florida Project" / fot. materiały prasowe

W świecie psot, igraszek, perlistych żartów reżyserowi udało się coś jeszcze. „The Florida Project” okazuje się otwartym obrazem dzieciństwa. Takim, którego nie obejrzelibyśmy na naszym rodzimym, filmowym podwórku. Są to krainy wyobraźni, w której nie wspomina się szarych bloków i obrazów ze złożonych puzzli, które babcia powiesiła na ścianie. Nie jesteśmy w Polsce, ani w Stanach. Jesteśmy w alternatywnym świecie, w którym każdy dzień i każda noc kusi obietnicą tajemnicy, wyprawy, kolejnego spełnionego marzenia. Czy w takim razie potrzebny jest ten Disneyland? Uciekając od raju do raju za każdym razem finalnie dopada codzienność. Baker pokazuje jednak, że gdzieś, w dalekich zamętach naszej pamięci istnieje przestrzeń, która może się obudzić i znów sprawić, że choć na chwilę będziemy szczęśliwsi. 

Julia Smoleń