15.05.2017
Przecierając szlaki
Na pierwsze wyróżnienie w swojej karierze Jan Kidawa-Błoński nie musiał długo czekać. Już w 1984 roku, za swój debiutancki film – „Trzy stopy nad ziemią”, otrzymał nominację do Złotego Lwa na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Największą sławę przyniosła mu jednak reżyseria takich produkcji, jak „Skazany na Bluesa” oraz „Różyczka”, dzięki którym już na zawsze zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiego kina.
Przecierając szlaki
Jan Kidawa-Błoński
źródło: Ewa Ferdynus

Jan Kapturkiewicz: Za sprawą filmu „Gwiazdy” po raz kolejny przenosi Pan widzów do jakże specyficznych i niespokojnych czasów PRL’u. Co powoduje, że zdecydowanie chętniej sięga Pan ku wydarzeniom z przeszłości, zamiast ku tym z czasów współczesnych?
Jan Kidawa-Błoński: Wydaje mi się, że nie jestem jedynym reżyserem, który w dzisiejszych czasach sięga do tematów z niedalekiej przeszłości. Oczywiście jest ku temu kilka powodów. Pierwszy jest taki, że swego czasu poczułem potrzebę robienia filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach. Kiedyś, jako adept szkoły filmowej uważałem, że najlepsze jest to, co wymyślam samemu, jednak potem nabrałem pokory i uznałem, że historia jaką niesie za sobą życie prawdziwego człowieka jest często o wiele ciekawsza niż scenariusz, jaki można samemu napisać. Szukając inspiracji najczęściej sięgamy do osób, które nie żyją bądź są już wiekowe. Jak odliczymy od obecnej daty 40 lat wstecz, to akurat cofniemy się do PRL’u, a za około 50 lat twórcy będą powracać do dzisiejszej współczesności.

Początkowo był Pan podobno sceptyczny względem pomysłu stworzenia tego filmu, jednak wraz ze stopniowym poznawaniem materiału zmienił Pan zdanie. Co było punktem przełomowym, który sprawił, że ostatecznie postanowił Pan zaangażować się w ten projekt?
Ten pomysł został mi życzliwie podsunięty przez Panią Prezydent i Pana wiceprezydenta Zabrza. Podczas wspólnego spotkania zachęcali, abym zrobił film, który skupi się na tym mieście. Zapytałem, czy mają jakiś konkretny pomysł, a oni na to: „A czy Pan zna historię Jana Banasia?”. Oczywiście kojarzyłem, ponieważ oglądałem tamte sławetne mecze, jednak jego historii jako takiej nie znałem. Zapoznałem się więc z wieloma materiałami i po pewnych przemyśleniach uznałem, że jest to doskonałe tworzywo dramaturgiczne. Głównie zaintrygował mnie fakt, że jego życie było przepełnione zarówno smutkiem, jak i radością, przez co wręcz samo prosiło się o to, aby je zekranizować.



Rozmawiając o „Różyczce” powiedział Pan kiedyś, że: „Człowiek nie jest ani zły, ani dobry, ale taki jakim ulepiło go otoczenie”. Jan Banaś, tak jak Kamila Sakowicz, stał się ofiarą pewnego rodzaju gry na wyższych stanowiskach, na którą ostatecznie nie miał wpływu. Czy to właśnie w tym upatruje Pan największego dramatu, jaki spotkał bohaterów Pańskich filmów?
Na pewno nie jest przypadkiem, że zrobiłem filmy takie jak „Różyczka”, „Skazany na Bluesa” czy teraz „Gwiazdy”. Wszystkie te produkcje powstały w wyniku inspiracji życiem pewnego człowieka, który zmagał się ze swoim losem. Kręcąc „Różyczkę” zastanawiałem się, gdzie jest granica pomiędzy dobrem a złem. Tam chodziło o Kamilę Sakowicz, która najpierw była tajnym współpracownikiem SB, aby następnie w poszukiwaniu odpowiednich wartości przejść na „drugą stronę”. Jan Banaś nieustannie poszukiwał swojego miejsca na świecie i samorealizacji. Napisałem kiedyś taki ładny dialog do „Skazanego na Bluesa”: - Jeśli nie masz marzeń, to znaczy, że nie żyjesz. Marzenia nas napędzają, jednak nie zawsze udaje nam się je zrealizować. Bohater filmu „Gwiazdy” chciał zdobyć piłkarskiego Oscara, czyli zwyciężyć w finale Mistrzostw Świata i możliwe, że tak by się stało, gdyby los nie stanął na jego drodze i nie zaczął go hamować.

W wywiadzie z portalem „Łączy nas piłka” wyjawił Pan, że praca nad filmem „Gwiazdy” trwała co najmniej pięć lat. Domyślam się, że jednym z bardziej wymagających etapów produkcji stanowiła realizacja scen czysto piłkarskich. Czy proces reżyserii meczów był dla Pana czymś szczególnie wymagającym?
Od momentu, kiedy zaczynaliśmy zdjęcia faktycznie minęło już niemal 5 lat. Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że ten film będzie tak trudny do zrealizowania. Dzisiaj żyjemy w czasach, w których jesteśmy zdominowani przez częste pokazy produktów reklamowych, które prezentują futbol w perfekcyjny sposób. Wiedzieliśmy, że poprzeczka stoi wysoko i postanowiliśmy się do niej dostosować, a wymagało to posłużenia się metodami, jakie stosuje się na całym świecie w przypadku wysokobudżetowych produkcji. Bardzo dużo pracy zostało wykonanej za pomocą komputera. Przykładowo, nawet jeśli kręcąc sceny meczów chcieliśmy wypełnić stadion statystami, to nie było to możliwe ze względu na brak czasu i wystarczającej liczby charakteryzatorów mogących zadbać choćby o ich ubiór. Korzystanie z efektów komputerowych, to oczywiście czasochłonny i kosztowny proces, jednak rezultaty są zadowalające, ponieważ ostatecznie można odnieść wrażenie, że te rzeczy dzieją się naprawdę.

W 2005 roku za sprawą „Skazanego na bluesa” rozbudził Pan w naszym kraju zainteresowanie produkcjami o tematyce muzycznej. Tym razem wziął Pan na warsztat rzadko spotykany w Polsce gatunek kina sportowego. Czy przecieranie coraz to nowszych szlaków jest czymś, co Pana szczególnie fascynuje i motywuje?
Z pewnością tak. Lubię za każdym razem brać na swoje barki nowe wyzwania. Nie interesuje mnie powielanie schematów, nawet jeśli wiem, że w sensie komercyjnym się sprawdzają. Zawsze mnie kusi, aby spróbować zrobić coś, czego jeszcze nie było. Ma Pan rację, że „Skazany na Bluesa” jako pierwszy film muzyczny od bardzo długiego czasu, utorował drogę innym produkcjom. „Gwiazdy”, choć są opowieścią o miłości i przyjaźni, mają jednak w tle mocno zarysowany wątek piłkarski, czyli coś, czego nie było od czasu „Piłkarskiego Pokera” Janusza Zaorskiego (1988 rok - przyp. red.). Myślę, że to publiczność zweryfikuje, czy jest to gatunek kina, który chce oglądać. Jestem przekonany, że jeśli odniesiemy w tym przypadku sukces, to zaraz pojawią się na horyzoncie produkcje o Kazimierzu Deynie czy też Włodzimierzu Lubańskim. Materiałów jest więcej niż można by przypuszczać. 


                           "1:1 z samym sobą" - przeczytaj recenzję "Gwiazd"! Kliknij TUTAJ

Parafrazując nazwę Konkursu Głównego naszego Festiwalu, jakiego typu drogi ma Pan w planach wytyczyć w najbliższych latach?
Nie chciałbym zapeszać, ale myślę nad musicalem. Zainspirował mnie do tego „La La Land”, choć muszę przyznać, iż początkowo nie mogłem zrozumieć, dlaczego został obsypany tyloma Oscarami. Po pewnych przemyśleniach uświadomiłem sobie, że jeśli ma się odpowiedni i przede wszystkim świeży pomysł, to można poprzez ten gatunek kina opowiedzieć bardzo ciekawe historie ze świata współczesnego, które nie zanudzą widzów. Tak właśnie było w przypadku „La La Land”. Prawda jest jednak taka, że w obecnych czasach trzeba mieć wiele na wpół gotowych projektów, bo nie wiadomo, na który najprędzej znajdą się pieniądze.

Rozmawiał: Jan Kapturkiewicz