10.02.2018
Oh, hi, Stella!|”DISASTER ARTIST”
Pamiętacie jeden z bardziej namiętnych momentów jeśli nie w czarno-białym kinie w ogóle, to już na pewno w „Tramwaju zwanym pożądaniem” (1951)? Oto przemoczony do suchej nitki Marlon Brando rozpaczliwie wykrzykuje imię swej kochanki, która wkrótce kocim krokiem zejdzie do niego po schodach. Już za chwilę wydarzy się tu istna disaster.
Oh, hi, Stella!|”DISASTER ARTIST”
Kadr z filmu "The Disaster Artist"

Najnowsze dzieło Jamesa Franco otwiera przykra dla oczu i uszu scena, w której pewien jegomość z burzą kruczoczarnych loków, z karkołomną determinacją próbuje odtworzyć na deskach teatru wspomniany występ Brando. Emfaza, sztuczność i kabotyństwo tego wykonania przyduszają widownię, a to dopiero początek fatalnego zauroczenia kinem niejakiego Tommy’ego Wiseau’a. Ów Tommy z Marlonem (czy raczej Stanleyem) mieli zapewne okazję wychylić niejeden kieliszek wódki w którymś z nowoorleańskich barów. Sam Wiseau bowiem – jak utrzymuje – również pochodzi z tego właśnie miasta. Prawda leży jednak nieco gdzie indziej, być może nawet i w Poznaniu, co zresztą zwiększa szansę na to, że pan Kowalski z kolegą Wieczorkiewiczem (prawdziwe nazwisko Wiseau?) mogli kiedyś grać w piłkę na jednym podwórku.

Tak dla Stelli, jak i dla X muzy byłoby lepiej, gdyby nie odpowiedziały na to miłosne wezwanie. Bohaterka Kim Hunter wkrótce słono zapłaci za swą uległość wobec naczelnego bad boya Nowego Orleanu. Kamera Wiseau’a, jako że nie wygląda on na gościa, który wie, kiedy powiedzieć sobie dość, także powinna w porę odrzucić jego awanse. W tym wypadku, jest to zresztą uczucie zupełnie bez wzajemności, wyznawane jednak ku niekłamanej uciesze widzów na całym świecie, którzy zakochali się w „The Room” (2003) od pierwszego obejrzenia. Fenomen tej produkcji, która tak naprawdę nigdy nie powinna opuścić tytułowego pokoju i ujrzeć światła dziennego, do dziś pozostaje nieodgadniony. Zapewne wiele jest innych zupełnie nieudolnie nakręconych filmów, ale dzieło życia Tommy’ego Wiseau to coś więcej. Świadectwo niepojętej grafomanii, podszytej nieprawdopodobnym narcyzmem i płynącym prosto z serca czystym uwielbienia takich tuzów pisarstwa jak William Shakespeare czy Tennessee Williams.  Wyższa szkoła jazdy powypadkowej w dziedzinie aktorstwa, kuźnia najbardziej nieoczekwianych twistów fabularnych i niewydarzonych bonmotów. What a story, Mark!

„Disaster Artist” to bez wątpienia jedyny w swoim rodzaju film biograficzny. Scenariusz oparty na bestsellerowej powieści Grega Sestero („The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made”) odsłania kulisy powstania „The Room”, pełne niedorzeczności jak sam efekt końcowy z 2003 roku. Ta historia to właściwie samograj -  kino uwielbia takich freaków jak Tommy Wiseau. I jeśli myślicie, że już nauczyliście się perfekcyjnie imitować charakterystyczny śmiech Johnny’ego, James Franco skutecznie wpędzi was w kompleksy. Jego gra jest doskonale niewymuszona - dzięki idealnemu wyhamowaniu na granicy parodii, jej ciężar zostaje całkowicie zniwelowany, ustępując miejsca autentyczności i bezpretensjonalności postaci. Nieco w cieniu (zupełnie jak w „The Room”!) tej kreacji pozostaje niemniej znakomity Dave Franco, który jako Greg Sestero wypada równie fantastycznie.

Odtwórca głównej roli i reżyser zarazem dokonał tutaj rzeczy niebywałej – zamiast wystawić okrutne pośmiewisko, wzbił się na wyżyny empatii i dystansu (także do siebie). Dzięki temu, tam, gdzie wszyscy spodziewali się niemiłosiernej parodii, otrzymali zdumiewajacy, pełen ciepła feel-good movie. Jednocześnie już w trakcie seansu rodzą się jednak pewne wątpliwości co do zasadności jego szlachetnego przekazu. W dobie karier osiąganych w pięć minut żenującym skandalem w internecie oraz wszechobecnego kultu głupoty i bylejakości, przesłanie „Disaster Artist” wypada co najmniej niepokojąco, by nie rzec po prostu smutno. Przywoływanie postaci Stanleya Kubricka czy Alfreda Hitchcocka dla zbudowania kontrastu i obnażenia zupełnie opacznego rozumienia ich reżyserskich strategii jest komediowym strzałem w dziesiątkę. Gloryfikowanie salw śmiechu wypełniających salę podczas premiery „The Room” i zestawianie ich opozycyjnie z reakacjami widowni podczas seansu „Ptaków” (1963) wydaje się natomiast pewnym pomyleniem porządków. Tym, co czyni twórcę wybitnym, jest przecież między innymi świadomość tego, co stworzył. Czy Tommy’emu możemy kibicować równie mocno i z tych samych pobudek co choćby Jamesowi Deanowi, którego duch straceńczo unosi się nad tym filmem? Nie wydaje mi się. Choć więc Stella patronuje postaci Wiseau od samego początku tego filmu i wreszcie on sam staje się gwiazdą, to jednak „Disaster Artist” sprzedaje nam małe oszustwo pod efektownym płaszczykiem podążąnia za marzeniami i samospełnienia za wszelką cenę. Anyway, how is your sex life?

Monika Żelazko