16.11.2017
Nowe formy odczuwania
Jeśli przyjrzeć się naszej rzeczywistości wypełnionej przebłyskami uczuć i szeroko pojętym nadmiarem to najnowszy film Lava Diaza będzie jej rewersem. Ostentacyjnie powolne, kontemplacyjne dzieło traktuje o zemście, marginesie i odwadze. Posiadając luksus, by nie musieć się śpieszyć, Diaz daje wybrzmieć każdemu ujęciu, każdej postaci.
Nowe formy odczuwania
Kadr z filmu "Kobieta, która odeszła"

Lav Diaz, zdobywca nagród na wielu międzynarodowych festiwalach filmowych, jest reżyserem, który najczęściej porusza tematy społeczne, polityczne i kulturowe współczesnych Filipin. Ucieka jednak od opowiadania historii w Manilii – stolicy kraju, jednocześnie jednej z największych metropolii globu – wybierając w zamian miejsca ciche, ukryte, niepoznane. Jego filmy, ośmio-, jedenastogodzinne to dzieła, z oczywistych powodów, ogromnych wymiarów o ogromnych emocjach. Poprzez portretowanie społeczeństwa filipińskiego oraz badanie jego tożsamości Diaz tworzy obrazy również uniwersalne. Taka jest „Melancholia” (2008) opowiadająca o utracie i przeżywaniu żałoby, taka jest także „Kobieta, która odeszła”, w której reżyser skupia się na historii pewnej niewinności oraz pewnej zemsty.

Tytułową „kobietą” jest Horacia (Charo Santos-Concio). To bohaterka ciekawa i chciałoby się powiedzieć – wielowymiarowa. Oskarżona, niesłusznie, za zbrodnie, 30 lat spędziła w więzieniu. Rozpoczynając swój film, Diaz przygląda się właśnie więźniarkom. Kobiety modlą się, czytają, w spokoju i nudzie ciągną kolejną minutę po minucie swoich żyć. Już na samym początku podkreślona jest postawa Horacii. Jest w centrum, między ludźmi, z jakiegoś powodu stara się im pomagać. Wyrwana z tego zamkniętego świata, a wiec w końcu uniewinniona, wraca do rzeczywistości zgoła niesprzyjającej. Dowiaduje się, że jej maż nie żyje, córka wydaje się być dorosłą i obcą kobietą, a syn zaginął w okolicznościach zupełnie niejasnych. Zresztą, zniknięcia są jakby na porządku dziennym. To rzeczywistość Filipin z lat 90., następuje fala porwań kobiet, o których radio informuje ze spokojnym smutkiem i pewną bezsilnością. Horacia nie próbuje odbudowywać domu, odpracowywać utraconych lat z córką – bohaterka zaczyna planować zemstę na swoim byłym chłopaku sprzed lat. To właśnie on wpakował jej niewinność za kraty.


                                                  Kadr z filmu "Kobieta, która odeszła"

Horacia staje się przewodnikiem po rzeczywistości Filipin. Świat obserwuje się nie tyle jej oczami, co poprzez jej działania. Jej historia staje się w pewnym pretekstem, by opowiedzieć o ludziach, smutku i biedzie. Historia Horaci jest kawałkiem, fragmentem. Wokół niej lawirują skrawki innych nowel, wycięte życiorysy. Bohaterka, prowadząca życie niczym amerykański autostopowicz, jest szkiełkiem powiększającym przez które można przyjrzeć się światu i ludziom. W przypadkowy sposób poznaje ulicznego sprzedawcę, psychicznie chorą dziewczynę oraz ekstrawaganckiego transwestytę. To bohaterowie wykolejeni, zepchnięci na margines. To ekstaza inności, która wywołuje strach, obawy, czasem wręcz odrazę. Horacia opiekuje się tą galerią filipińskich osobowości. Są to również najjaśniejsze przebłyski filmu – lekki żart opowiedziany w świetle latarni, piosenka nieudolnie zaśpiewana a cappella, dłoń, która mocno trzyma i bardzo pokazuje, że chce pomóc.

Oglądanie najnowszego filmu Diaza jest przeżyciem, doświadczeniem. Slow-cinema, nazywane również kinem kontemplacyjnym bywa, zresztą również przez samego reżysera, porównywane do medytacji. Jednak w „Kobiecie, która odeszła” niewiele jest spokoju oraz harmonii, które z medytacją się wiążą. Powolność, długość i statyczność tekstu pozwala jednak na jego wybrzmienie. Na wybrzmienie obrazu, historii, łzy i spojrzenia. Nie ma w tym z drugiej strony nic sztucznie teatralnego, melodramatycznego. Widz pozostaje w pewnym dystansie do bohaterów, do opowieści. Zaniepokojony głos w radiu informuje o śmierci Matki Teresy, w tym czasie zgwałcony transwestyta stawia swoje pierwsze, po tym akcie brutalności kroki. Miraż opowieści, skrawki zdań nie mają jednak nic wspólnego z natłokiem i przesytem. Świat w takiej formie nie nuży, a pozwala na wytchnienie. W takim razie, może faktycznie film kołysze trochę oddechem medytacji.

Dystans wytwarzany przez brak zbliżeń obdarza historię obiektywnością. Widz obserwuje tyle na ile statyczne, nieruchome ujęcie mu pozwalają. Jest to jednak obiektywność pozorna. Pojawia się wyraźne wrażenie, że Diaz pozbawia w swoim filmie wzrok z przemocy. To już nie widzący ma władze, spojrzenia nie kojarzy się z opresją. Widoczność jest ograniczona, bohaterowie schowani. Ma się wrażenie podglądania. Zza drzewa, uchylonych drzwi, ściany budynku. Widz zostaje unieruchomiony i w ścisłych granicach kadru nie ma szansy, by zobaczyć więcej. Takie ujęcia będą z pozoru małymi klatkami, więzieniami, ale z drugiej strony poprzez ograniczone widzenie można przecież zobaczyć szczegół, który opowie dużo więcej.



Diaz, kultywując te momenty monotonii sprawia, że nie chodzi jedynie o to, by śledzić historie, mieć się na baczności przed kolejnym ujęciem, rozwiązywać zagadkę i z zadowoleniem obserwować moment kulminacyjny. W „Kobiecie, która odeszła” czas jest realny, trwanie zyskuje swój kształt i fakturę, a punkty kulminacyjne są jedynie pułapką, nie zwiastunem rychłego rozwiązania akcji. Wyzwaniem dla widza nie będzie więc długość filmu, przecież już nikt nie ma problemu ze spędzeniem kilku godzin przed ekranem celebrując binge-watching. Wyzwaniem będzie tutaj rytm filmu. Diaz stworzył dzieło w tempie rubato – chwiejnym kołysaniu się, które zamiennie przyśpiesza i zwalnia swój bieg. Jednocześnie nie jest to kołysanie równe, grane na dwa. Ta niepewność tempa, montaż wewnątrzujęciowy, skrawki rozmów, brak muzyki sprawia, że najnowszy film Diaza to życie, które pojawia się po zdrapaniu nadbudowy znaczeń.

Jednocześnie, przez statyczność kadrów, film przypomina nieco reporterski album, w którym żaden obraz nie jest aranżowany. Piękność ogromu roślinności, snujący się po ulicach, wyczuwalny, upał, tajemnica nocy, teatralność pustej ulicy – sceneria Diaza jest mistycznym pięknem, w którym rozgrywa się spektakl skrajności. W którym miesza się brutalność i pomoc, solidarność i zdrada, demony i ludzie, taniec i śmierć. Cisza „Kobiety, która odeszła”, ostatecznie, zdaje się mieć swoje własne dźwięki.

Julia Smoleń