09.11.2017
Nikt nie jest doskonały | Suburbicon
Idylliczne osiedle Suburbicon będące miejscem akcji najnowszego filmu George’a Clooneya, dalekie jest od ideału. Okrutne działania jego mieszkańców stoją w sprzeczności z deklarowanym przez nich pragnieniem spokojnego, cichego życia. Sam „Suburbicon” także ma w sobie podobną sprzeczność.
Nikt nie jest doskonały | Suburbicon
Kadr z filmu "Suburbicon"
źródło: materiały prasowe

W Suburbiconie słońce zawsze świeci odrobinę jaśniej, ludzie są dla siebie milsi, a dzieci sąsiadów nie tak dokuczliwe. To wymarzone miejsce na prowadzenie statecznego życia przedstawiciela klasy średniej, dumnego posiadacza wypolerowanego samochodu i stabilnej pracy. Biały płot otaczający mały ogródek wyznacza horyzont marzeń, a rozchodzący się po domu zapach przygotowanego przez żonę obiadu koi nerwy i utwierdza w patriarchalnych przekonaniach. Ale przecież nic nie jest bardziej zakłamane od idealnych, pozbawionych wad małych miasteczek – przekonuje nas kino co najmniej od czasu „Blue Velvet” (1986), gdzie znalezione na równo wystrzyżonym trawniku zakrwawione ucho uruchamia istną lawinę brudów i wyciąga na światło dzienne pilnie strzeżone tajemnice.

Podobnie dzieje się w „Suburbiconie”, jednak tym razem serię dziwnych zdarzeń uruchamia nie odcięta część ciała, a podejrzane włamanie do domu przeciętnego pracownika biurowego, Gardnera Lodge’a (Matt Damon). W wyniku napadu (oraz nieumiejętnego użycia eteru) umiera żona mężczyzny, a jej miejsce w wyczyszczonym na błysk domu szybko zajmuje jej siostra bliźniaczka (w obu rolach Julianne Moore). Ta przedziwna sytuacja wydaje się szemrana nie tylko bratu kobiet (Gary Basaraba), ale także zatrudnionemu przez firmę ubezpieczeniową detektywowi (Oscar Isaac) oraz małoletniemu synowi (Noah Jupe).



„Suburbicon” mógłby za pewne być typową coenowską czarną komedią, w której zbiegi okoliczności doprowadzają bohaterów do skrajnych, często absurdalnych sytuacji. Niestety rola słynnych braci Coen została w filmie ograniczona do współautorstwa scenariusza, a właściwym mózgiem projektu był George Clooney. To on, wraz z Grantem Heslovem, dopisał dalszy ciąg do historii wymyślonej przez rodzeństwo w połowie lat 80. (zaraz po filmie „Śmiertelnie proste” z 1984 roku). Clooney dodał do niej drugi wątek, nowych bohaterów oraz… spory zamęt, przez co „Suburbicon” sprawia wrażenie skleconej naprędce mieszanki wątków i zapożyczeń. Wszystko to już gdzieś wiedzieliśmy: „Podwójne ubezpieczenie” (1944) spotyka się tu z „Jak zabić starszą panią” (1955), a Julienne Moore po raz kolejny proponuje nam świeżo zaparzoną kawę jako niepozorna gospodyni domowa.

Dołożone przez Clooneya elementy gryzą się z główną intrygą, rozbijają film na kilka, nierównych części. Interesujący wątek dręczonego przez sąsiadów czarnoskórego małżeństwa ograniczony jest właściwie tylko do pretekstowych scen, mających podkreślać absurdalność poczynań rodziny Lodge.  „Suburbicon”, choć chaotyczny, jest solidnym pastiszem i sumiennym odrobieniem lekcji z estetyki lat 50., jednak mimo to w zestawieniu z innymi produkcjami Coenów i Clooneya wypada wyjątkowo blado. Jest pozbawiony swobody oraz polotu, momentami wręcz zbyt niezdecydowany i jakby na siłę śmieszny. Właściwie wszystkie wady filmu skupia w sobie jak w soczewce animowana czołówka, zrealizowana na wzór starej reklamy. Mający przekonywać do zamieszkania w „Suburbiconie” spot jest wyblakły, odległy, nie budzi zamierzonej śmieszności. Nawet głos lektora, mimo odpowiedniej intonacji, pozbawiony jest charyzmy oraz daru przekonywania. Taka reklama z pewnością nie zachęci nikogo do przeprowadzki, a jedyną reakcją na nią będzie zmiana kanału poprzedzająca obojętne wzruszenie ramion.

Kaja Łuczyńska