18.05.2017
Nie jestem robotem
– Coraz więcej filmowców potrafi sobie poradzić z bardzo małym budżetem, skupiając się po prostu na historii, dajmy na to dwojga ludzi. A na dwoje ludzi oraz kamerę zawsze znajdą się pieniądze. Głęboko w to wierzę. O „Columbusie”, współpracy z debiutantami i przyszłości kina niezależnego rozmawiamy z Michelle Forbes, gościem 10. NETIA OFF CAMERA.
Nie jestem robotem
Michelle Forbes

Marcin Miętus: Jak zaczęła się twoja współpraca z Kogonadą, reżyserem pokazywanego w Konkursie Głównym filmu „Columbus”?
Michelle Forbes: Kogonada znał mnie z wcześniejszych projektów, więc gdy pojawiła się oferta od twórców zagrania pracującej matki, wysłałam materiały, w których gram zbliżoną rolę do postaci z „Columbus”. Zaowocowało to naszą współpracą, z czego bardzo się cieszę. Spotkanie z Kogonadą było niezwykłym przeżyciem, nie tylko dla mnie, ale również – jestem tego pewna – dla pozostałych aktorów.

Casting Waszego filmu sprawia wrażenie bardzo przemyślanego.
Cała obsada jest świetna, każdy z aktorów dał niezwykły popis swoich umiejętności. Współpracowałam z wieloma debiutantami, ale Kogonada to reżyser z krwi i kości. Praca na planie przychodziła nam z ogromną łatwością. Kiedy dołączyłam do reszty obsady po dwóch i pół tygodnia pracy, odczułam niesamowitą więź panującą na planie – nie tylko wśród aktorów, ale także wśród producentów, którzy okazali się bardzo wyrozumiałymi, dobrym i mądrymi ludźmi. Wszyscy powitali mnie bardzo ciepło.

Jak w takim razie wyglądały Twoje pierwsze dni na planie?
Przyznam, że to było to spełnienie marzeń każdego aktora. A przynajmniej moich. To dlatego, że przez pierwsze dni pracy nie musiałam zbyt wiele mówić – tylko być w niektórych scenach. Fantastyczne uczucie! Jesteś tam, przyglądasz się nowym twarzom, samej sobie i swojej postaci, a także reżyserowi. Od razu poczułam, że Kogonada to jeden z najbardziej spokojnych, twardo stąpających po Ziemi, ale i z ogromnym poczuciem humoru ludzi, jakich poznałam. Wszyscy czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Chciałam więc dać z siebie jak najwięcej, wejść w stu procentach w wizję zaproponowaną przez niego. W ramy obrazu, który tworzy.

Kogonada jest twórcą, który pozwala aktorom na improwizację, czy jest raczej typem reżysera wiernemu scenariuszowi?
Mam wrażenie, że scenariusz do filmu miał wszystko to, czego potrzebował. Również na poziomie wewnętrznej struktury. Kogonada doskonale rozumie potęgę milczenia oraz tego, jak dwie osoby funkcjonują ze sobą, wykonując proste codzienne czynności. Wobec tego, jako aktorzy, nie mieliśmy żadnych problemów z zaakceptowaniem tak dobrego materiału. Z drugiej strony reżyser był otwarty na wszystko. Wyraźnie widać, że fascynuje go ludzka natura. Miałam ciągłe poczucie, że interesujemy go również my, aktorzy. Całe szczęście! Pracowałam z wieloma reżyserami, którzy mając w głowie konkretny pomysł, nie potrafią wykraczać poza pewne, ustalone wcześniej ramy. Nie interesuje ich wówczas zdanie aktorów, a zadania reżyserskie opierają się wówczas na komendach typu: „w którą stronę mamy odwrócić głowę” albo: „gdzie nie kłaść ręki”. A ja nie jestem robotem! (śmiech)


                                              Q&A po projekcji filmu "Columbus" / fot. Michał Lichtański

W „Columbusie”, zwłaszcza jeśli chodzi o wspominaną przez Ciebie ciszę, bardzo mocno wybrzmiewa duch japońskiego artysty Yasujirô Ozu.
Zgadza się. Muszę przyznać, że jestem wielką fanką esejów filmowych Kogonady, które znałam, zanim jeszcze zaczęliśmy współpracować. Jedynym esejem, którego nie znałam był ten o Ozu (śmiech). I to dzięki Kogonadzie lepiej poznałam twórczość tego japońskiego reżysera. Uważam, że siła jego wypowiedzi jest olbrzymia. Mogę śmiało powiedzieć, że Ozu to zdecydowanie dobry wzór dla młodych filmowców. Lepszy niż Michel Bay! (śmiech)

Grasz matkę głównej bohaterki filmu Casey. Oglądając „Columbus” miałem wrażenie, że nie wiemy zbyt wiele o Twojej postaci, jest ona jednak bardzo obecna w życiu córki. Czy było to dla Ciebie trudne zadanie aktorskie?
Nie chciałabym zabrzmieć arogancko, ale nie, nie było to trudne. Twórcy mi to bardzo ułatwili. A przede wszystkim Kogonada oraz Haley (Haley Lu Richardson odtwarzająca rolę Casey – przyp. M.M.). Haley jest szczerą dziewczyną z wielkim sercem, jest chodzącą radością. Wiem, że pretensjonalnie to brzmi, ale tak rzeczywiście jest. Wytworzyła się między nami niezwykła więź, a cała ekipa ją w pewien sposób podtrzymywała. Nikt na planie nie miał do siebie absolutnie żadnych pretensji. To, co było dla mnie interesujące w tej roli, której rzeczywiście nie ma zbyt wiele na ekranie, to coś holistycznego w tym, jak moja postać podchodzi do rzeczywistości.

Ważną rolę w „Columbus” pełni architektura oraz przestrzeń, w której żyją bohaterowie. Możesz powiedzieć coś więcej na ten temat? Czy ma ona Twoim zdaniem wpływ na Wasze postacie?
Nie będę wchodzić w buty reżysera, więc powiem o swoich odczuciach. Jestem wielką fanką architektury, zwłaszcza nowoczesnej, o której mowa w filmie. Uważam, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień determinuje nasz sposób patrzenia na świat, a nawet to, jak czujemy. Columbus – to dziwne, niewielkie miasto w sercu Ameryki, posiada niespotykaną ilość modernistycznych budynków. To wszystko dzięki jednemu człowiekowi, przedsiębiorcy, który był właścicielem fabryki silników samolotowych, a przy okazji wielkim admiratorem nowoczesnej architektury. To z jego inicjatywy i za jego pieniądze powstała większość wspaniałych budynków w tym miasteczku. Kogonada je odkrył i zainspirowany tą niecodzienną przestrzenią napisał świetny scenariusz. Kiedy usłyszałam historię tego człowieka, byłam pełna podziwu. Jedną z wyjątkowych rzeczy w czasie pracy nad filmem była sama możliwość zwiedzenia tych wszystkich budynków, co robiłam z prawdziwą przyjemnością – nawet po wyczerpującym dniu spędzonym na planie.


                                       Q&A po projekcji filmu "Columbus" / fot. Agnieszka Fiejka

Chciałem zapytać o różnicę między pracą w kinie niezależnym oraz pracą w serialach, jak „Dochodzenie” lub „Star Trek”, w których występujesz. Z czego czerpiesz większą satysfakcję i czy uznajesz taki podział?
Taki podział z pewnością istnieje, a obie te rzeczy – kino niezależne i produkcje telewizyjne są potrzebne. Osobiście czerpię przyjemność z tego i z tego. Pracując w serialach doceniam wyzwania, które mi daje. Praca na małym ekranie wymaga natomiast szybkiego tempa – mamy wiele do zrobienia w krótkim czasie. Widownia seriali jest obecnie bardzo wymagająca, więc niektóre decyzje podejmowane na planie są czasem związane z jej oczekiwaniami. Podobnie, jeśli chodzi o ogromne budżety, którymi dysponują produkcje telewizyjne. A jeśli chodzi o kino niezależne, cóż, to właśnie to – jest niezależne! A kto z nas nie lubi niezależności?

Uważasz, że taka forma wypowiedzi artystycznej ma przyszłość?
Zdecydowanie. Myślę, że przez długi czas kino niezależne zmagało się z poważnymi problemami, zwłaszcza w latach 90-tych. Po pewnym czasie zaczęło się odradzać, a duża część amerykańskich filmowców z tego nurtu tworzy obecnie w telewizji. Jest kilka seriali, które operują takim specyficznym językiem kina offowego. Na przykład „Atlanta” z Donaldem Gloverem czy „Baskets”, gdzie gra Zach Galifianakis. To fantastyczne, że krajobraz niezależnego filmu rozwija się w takim kierunku. Jeśli chodzi o wielki ekran, to mam wrażenie, że coraz więcej filmowców potrafi sobie poradzić z bardzo małym budżetem, skupiając się po prostu na historii, dajmy na to dwojga ludzi. A na dwoje ludzi oraz kamerę zawsze znajdą się pieniądze. Głęboko w to wierzę.

Rozmawiał: Marcin Miętus