29.06.2017
Lady Bovary
– To ona jest chorobą – wykrzyczy w stronę Katherine jej kochanek Sebastian. Główna bohaterka kostiumowej „Lady M.” bez ustanku szamoce się w zafundowanym przez patriarchat gorsecie nakazów i zakazów. Krew na jej rękach nie znajdzie się jednak z chęci posiadania władzy, dokonania zemsty, ani nawet w imię uczucia. Wyniknie z kompletnej bezradności.
Lady Bovary
Kadr z filmu "Lady M"
źródło: materiały prasowe Festiwalu

„Lady M.” Williama Oldroyda, filmową adaptację opowiadania Nikołaja Leskowa wydanego w Polsce pod tytułem „Powiatowa lady Makbet”, z dramatem Szekspira łączy zaledwie kilka wątków. Stanowi ona raczej wariację na temat opublikowanej siedem lat wcześniej od noweli Rosjanina „Pani Bovary” Faluberta. Bohaterką prozy Leskowa i flmu Oldroyda jest bowiem młoda Katherine, wydana za znacznie starszego od siebie majętnego właściciela ziemskiego. Czuje się ona w nowej roli nieswojo, popadając nie w szekspirowski obłęd, a raczej marazm, może nawet – bliższą nam współcześnie –  depresję. Gdy pozna niepokornego Sebastiana, z którym nawiąże romans, coś zacznie w niej pękać.

Film Oldroyda otwiera scena ceremonii zaślubin Katherine, które dochodzą do skutku oczywiście bez zgody dwudziestokilkuletniej kobiety. Przyszło jej pełnić rolę damy z posagiem. W kadrze widzimy pozbawioną wyrazu twarz Katherine (Florence Pugh), przysłoniętą prześwitującym białym welonem. W tle majaczą jakieś sylwetki w blasku świec rozmieszczonych w niewielkiej kaplicy. Pozostała część akcji dzieje się już w posiadłości pary młodej, która stanie się dla Katherine klatką. Z początku wszystkie rytuały – poranne wstawanie, wiązanie gorsetu przez czarnoskórą służącą – oraz komendy wydawane przez męża – „zdejmij to”, „nie wychodź z domu” „nie uśmiechaj się” – przyjmuje z milczącą akceptacją. Upokarzana przez męża, który seksualnie jest w stanie zaspokoić tylko siebie, oraz teścia rozstawiającego ją po kątach, zaczyna się stopniowo opierać. Jej uzasadniony bunt oraz rozpaczliwe zachowanie wobec Sebastiana wydają się jednak niekiedy zbyt groteskowe.

Katherine, przejmuje nawyki męża w konfrontacji ze stajennymi, którzy znajdują się na niższych szczeblach drabiny społecznej niż ona. Rozkazuje również służącej, doznając satysfakcji, gdy ta jej ulega. Gdy na horyzoncie pojawia się niespodziewanie młodziutki dziedzic fortuny wraz z opiekunką, znów zaczyna tracić grunt pod nogami, co doprowadzi do (kolejnej) zbrodni. Katherine to trudna bohaterka, ciężko jej współczuć. I tak jak Faluebertowi doskonale udało się nakreślić skomplikowany charakter i tragiczne położenie Emmy Bovary, tak Oldroyd portretuje Katherine dość powierzchownie czyniąc z niej trochę niedojrzałą, egoistyczną i pozbawioną empatii kobietę. Jej uczucie do Sebastiana trudno nazwać miłością, niektórym z jej działań brakuje motywacji. To problem niedostatecznie rozwiniętego scenariusza.

Trudno cokolwiek zarzucić za to stronie wizualnej i technicznej. Kadry skomponowane są tutaj bardzo przemyślanie, scenografia i kostiumy nie rażą przepychem, co w przypadku opowiadanej przez Oldroyda opowieści wypada zdecydowanie pozytywnie. Muzyki w „Lady M.” prawie w ogóle nie ma, rozbrzmiewa zaledwie w trzech momentach – to pozbawione linii melodyczne odgłosy budujące napięcie. A budowane jest ono powoli, korespondując z monotonnym życiem bohaterki i powtarzaną serią rytuałów takich jak otwieranie okiennic, zakładanie gorsetu, posiłki. Ciekawym kontrapunktem wydają się wycieczki Katherine na wietrzne wrzosowiska, gdzie zacznie uciekać również z Sebastianem. To chwile wytchnienia i wolności, ale jak się szybko okaże, będą krótkotrwałe. Dla zepsutej, rozprzestrzeniającej zbrodnię jak zarazę Lady Katherine nie ma ani ratunku, ani ucieczki.

Marcin Miętus