06.06.2017
Królowie komedii
Dwanaście dolarów i talerz spaghetti – tyle za swój pierwszy płatny występ wziął Lenny Bruce, legendarny amerykański komik, przywoływany w anegdotach przez bohaterów serialu „I’m Dying Up Here”. Najnowsza produkcja Showtime opowiada o życiu stand-upowców, które zdecydowanie różami usłane nie jest.
Królowie komedii
Plakat serialu
źródło: materiały prasowe/ShowTime

Los Angeles, lata 70-te. Goldie (znakomita jak zawsze Melissa Leo) twardą ręką prowadzi jeden z najgorętszych klubów z występami stand-up, na które przybywa spragniona niewybrednych żartów publiczność zamieszkująca Hollywood. Wyzwoleni hippisi, grupa mężczyzn z wieczoru kawalerskiego, podejrzani biznesmeni – wszyscy oni zbierają się w tym niewielkim, dusznym od papierosowego dymu miejscu, wysłuchując serii występów pracujących na własną markę komików. Każdy z nich próbuje znaleźć swoje miejsce w tej niełatwej branży, uzyskać od nieustępliwej Goldi pozwolenie na lepszą, większą scenę ub najdogodniejszy czas własnego występu.

Jednemu z nich się udało. Clay, którego poznajemy w pierwszej nakręconej w slow-motion (przy akompaniamencie „It Ain’t Easy” Davida Bowiego) scenie, zaproszony został do telewizyjnego programu Tonight Show. Wielu stand-upowcom taki występ otworzył drzwi do kariery. Dochodzi jednak do wypadku. Mężczyzna po udanym gigu, który jego przyjaciele z dumą, ale i lekką zazdrością oglądają wspólnie przy odbiorniku, wpada pod autobus. Akcja serialu zawiązuje się więc nietypowo. Jako widzowie „I’m Dying Up Here” nie stajemy się świadkami narodzin talentu poczynając od trudnych początków, historii „od zera do bohatera”, a śmierci jednego z tych znajdujących się u progu wielkiego sukcesu. Wypadek ten przywoła ducha solidarności wśród pozostałych bohaterów serialu i stanowić będzie pretekst do przewartościowania własnych priorytetów. Tak się dzieje zwłaszcza u Cassie, byłej dziewczyny zmarłego Claya, stanowiącej wyjątek w zmaskulinizowanym zespole komików. 


            Melissa Leo w "I'm Dying Up Here". Amerykańska aktorka była gościem 6. edycji Festiwalu.

Stand-up to świat zdominowany przez mężczyzn. Przyznaje to sama Goldie w rozmowie z Cassie o jej przyszłości. Już w pierwszym odcinku w tej odważnej, młodej stand-uperce dokona się pewna przemiana. Nie mamy wątpliwości, że to ona będzie jedną z bohaterek niosących fabułę „I’m Dying Up Here”. Jedyna retrospekcja, zarysowana w pilocie serialu, dotyczy właśnie jej realcji z Clay’em, który sam będzie powracał jako wytwór jej wyobraźni. Bohaterka grana przez Ari Graynor również zamyka pierwszy epizod.

Wyprodukowany przez Jima Carreya serial, luźno opiera się na wydanej w Ameryce książce „I'm Dying Up Here: Heartbreak & High Times in Stand-Up Comedy's Golden Era” autorstwa Williama Knoedelsedera. Jest to reportaż opisujący sceny stand-up funkcjonujących w latach 70-tych. Po pierwszym odcinku widać, że twórcy nie próbują iść na skróty, opowiadając fikcyjnej historii o narodzinach gwiazdy z prostą linią narracyjną. Jesteśmy wrzuceni w konkretną sytuację, z dobrze napisanych dialogów sami musimy uporządkować relacje panujące między zamieszkującymi ten świat postaciami. Niewątpliwym atutem serialu jest obsada, począwszy od Melissy Leo, przez szereg znakomitych aktorów drugoplanowych, skończywszy na Alfredzie Molinie, wcielającym się w rolę agenta artystów.



Mimo że „I’m Dying Up Here” posiada wszystkie, znane nam dobrze cechy serialu kręconego „w epoce” – dopracowane kostiumy, imponujące gadżety, wszędobylskie papierosy, bary szybkiej obsługi – oraz te niewątpliwe kojarzące się z prowadzeniem brudnych interesów, jak narkotyki, striptizerki, drobne lub większe szantaże – to (mimo pewnej powtarzalności motywów) serial – po obejrzeniu pierwszego odcinka – stara się pokazać amerykańskie, rozwarstwione społeczeństwo tego okresu z zupełnie innej niż dotychczas nam znanej strony. Patrzymy na nie bowiem ze sceny komediowego klubu, z której pół żartem, pół serio mówi się o aborcji, rasizmie, biedzie oraz sytuacji kobiet w USA.

Marcin Miętus