19.05.2017
Jutro, czyli kiedy?
Piosenka zespołu Raz Dwa Trzy, „Jutro możemy być szczęśliwi” jest pierwszą myślą, jaka pojawia się w mojej głowie po usłyszeniu polskiego tytułu filmu Gélina, „Demain tout commerce” (w tłumaczeniu „Jutro będziemy szczęśliwi”). Możemy być czy będziemy? That is the question – jak powiedziałby szekspirowski bohater.
Jutro, czyli kiedy?
kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi"
źródło: materiały prasowe/Monolith Films

Pytanie o szczęście w życiu jest pytaniem o status quo, a więc wątpliwością egzystencjalną, która (nie)stety nigdy się nie przeterminuje. Dlatego nie powinien zaskakiwać fakt, że we współczesnym francuskim kinie temat ten jest aktualny niczym świeże bułeczki, a raczej croissanty, na śniadanie. Właśnie pod wpływem tej konwencji powstał najnowszy film Hugo Gélina, „Demain tout commerce” („Jutro będziemy szczęśliwi”, 2016), będący remakiem mniej znanego meksykańskiego dzieła Eugenio Derbeza, „No se Aceptan Devoluciones” („Instrukcji nie załączono”, 2013), które jest opowieścią o mężczyźnie – lekkoduchu zmuszonym zmierzyć się z niezwykle odpowiedzialnym zadaniem, jakim jest samotne wychowanie córki. Brak oryginalnego pomysłu scenariuszowego to główny zarzut, który teoretycznie można by postawić francuskiego remake`owi, a który paradoksalnie, staje się właśnie jego największym atutem. Historia relacji ojca z córką, radzenia sobie z nieobecnością matki oraz rozterki i problemy wychowawcze to tematy uniwersalne składające się na wiele życiowych fabuł. 

Istotną natomiast kwestią jest forma, w jakiej zostają one zaserwowane kinowej publiczności. Wcielający się w rolę głównego bohatera Samuela, Omar Sy to gwiazda francuskiego kina, która rozbłysła po sukcesie „Nietykalnych” (2011) a potwierdzona została w „Sambie” (2014). Dlatego ciężko nie odnieść wrażenia, że jego stała obecność na szklanym ekranie w ostatnich latach, to przysłowiowe „wyskakiwanie z lodówki”. Trzeba jednak przyznać, że wychodzi mu ono całkiem zgrabnie. Pierwszoosobowa narracja w jego wykonaniu, która jest klamrą kompozycyjną łączącą pierwsze kadry z ostatnimi, unika ckliwego moralizatorstwa, co w komediodramacie, jako gatunku spajającym elementy humorystyczne z refleksyjnymi, jest niewątpliwą zaletą. Jednocześnie scena otwierająca film, z realnego wydarzenia z czasów młodości bohatera, czyli próby jakiej poddał go ojciec, przekształca się w metaforę. Skok ze stromego urwiska, to, w dosłownym znaczeniu, wyraz ogromnej odwagi, ale w przenośni, to esencja dalszego, dorosłego życia i problemów jakie one ze sobą niesie. A zarazem, tu ukłon w stronę ironii scenarzystów, również profesja głównego bohatera, który pracuje jako kaskader. W duecie z Sy pojawia się, debiutująca na dużym ekranie, Gloria Colston, w roli żywiołowej ośmiolatki – Glorii - wypada ona niezwykle naturalnie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jej talent będzie nadal rozkwitał. Clémence Poésey, wcielająca się w rolę matki – Kristin – porzucającej własne dziecko, jest, niestety, najsłabszym ogniwem tego aktorskiego trio. Postawa, jaką reprezentuje jej bohaterka nie zostaje w żaden sposób uzasadniona ani wytłumaczona, stąd ciężką jest próba zrozumienia motywacji, która nią kierują.



Podobne zaskoczenie pojawia się po zwróceniu uwagi na miejsca, w jakich rozgrywa się akcja filmu. Niezwykle ryzykowne, jak uczy historia, a jednocześnie będące ciekawym doświadczeniem, zarówno pod względem kulturowym jak i językowym, jest umieszczenie bohaterow mówiących językiem Rousseau w anglojęzycznej rzeczywistości. Próbę przeniesienia słonecznego Lazurowego Wybrzeża do deszczowego Londynu obrazuje mieszkanie głównego bohatera i jego córki. Zjeżdżalnia zamiast schodów, albo taras na dachu z dużym telewizorem do oglądania filmów, to tylko namiastki tego, co stworzyli scenografowie. Czasem jednak, jak to w przyjaźni francusko-angielskiej, pojawiają się małe „zgrzyty”. I niekoniecznie mowa tu o komicznych sytuacjach spowodowanych brakiem znajomości angielskiego przez Samuela, mieszkającego w ojczyźnie Szekspira od ośmiu lat. Bardziej widoczne są one w dialogach, które niejednokrotnie pozostawiają wrażenie niedokończonych, urwanych w pół zdania. 

Jednocześnie kolorowy optymistyczny świat kreowany przez Gélina nie ucieka od trudnych, ale aktualnych kwestii społecznych. Przedstawia patchworkową rodzinę w składzie: biała kobieta, czarnoskóry mężczyzna oraz dziecko, którego dzieciństwo, jak okazuje się w kończącym fabułę niespodziewanym zwrocie akcji, wcale nie jest takie różowe, jak mogłoby się wydawać. Do tego jeszcze ich najbliższy przyjaciel to homoseksualista bez szczęścia w miłości. Świat ludzkich dramatów, choć pokazany w komediowej otoczce, z niezwykłą szczerością i bezkompromisowo podejmuje trudny temat relacji międzyludzkich, a jednocześnie udowadnia, że wcale nie trzeba czekać „do jutra” na szczęście. Jak śpiewał zespół Raz Dwa Trzy: „jutro mogłoby być w tej chwili / gdyby w ogóle mogło być”. Co potwierdza również filmowa narracja Samuela, zamykająca dzieło. Czasem jutra może nie być, a jedyne, co możemy zrobić, to sprawić, by było ono dziś. „Carpe diem” jest więc nadal aktualne! 

Weronika Jacak