10.10.2016
Ja po prostu kocham kino
Kiedy dwa lata temu odwiedził Kraków, powiedział: – Reżyser filmowy ma jedną wadę: myśli, że będzie żył wiecznie, że jego życie nie ma zakończenia. Niedawno pokazane „Powidoki” okazały się najpiękniejszym pożegnalnym gestem artystycznym, a Mistrz może być pewien, że jego głos nadal z nami jest. W filmowych kadrach, dialogach, wspomnieniach.
Ja po prostu kocham kino
Andrzej Wajda
źródło: materiały Festiwalu

W dniu obchodzenia 88. urodzin Andrzeja Wajdy, Tadeusz Sobolewski napisał o nim: – Reżyser czynu i kontemplacji. Energii i melancholii. Kiedy powiedziałem mu: „Pan jako artysta ma dwie dusze, dwa różne temperamenty", Wajda żachnął się: „Nic podobnego! Ja po prostu kocham kino!". Tę niezwykłą miłość udowadniał swojej wiernej publice przez kolejnych czterdzieści filmowych arcydzieł, za każdym razem zyskując ich uznanie. Regularnie podbijał serca jurorów największych festiwali świata. Był laureatem Złotego Niedźwiedzia, weneckiego Złotego Lwa, canneńskiej Złotej Palmy czy Honorowego Oscara przyznawanego za całokształt twórczości. Dzięki swoim filmom, na gruncie rodzimej kinematografii bardzo szybko wypracował sobie pozycję nie do zakwestionowania. On jednak ciągle gnał; walczył z upływającym czasem, jakby chciał swoim widzom przekazać wszystko, co ma do powiedzenia.

Andrzej Wajda nie zabierał głosu niepotrzebnie. Jego filmy zawsze trafiały w sedno, niejednokrotnie boleśnie komentując i sekundując najbardziej przełomowe punkty polskiej historii najnowszej. Swoją legendę rozpoczął debiutancką trylogią nakręconą tuż po II Wojnie Światowej. „Pokolenie” (1955), „Kanał” (1957), którym zwrócił uwagę świata na polskie kino oraz „Popiół i diament” (1958), do dziś uznawane za najbardziej emblematyczny przykład Polskiej Szkoły Filmowej. Kolejna dekada, formalnie bodaj najbardziej eksperymentalna dla Wajdy, upłynęła pod znakiem wielkim recenzenckich polemik, pytaniami o artyzm reżysera i głośnym komentowaniem jego realizatorskich potknięć. Na nowo przemówił po śmierci Zbyszka Cybulskiego – jednego z tych aktorów, których oszlifował i wykreował na sceniczne gwiazdy. Zrealizowany w 1967 „Wszystko na sprzedaż” było dla Wajdy kolejnym przełomem. Reżyser nie tylko podjął się próby rozprawienia z mitem aktora, ale użył do tego nietypowego dla siebie rozwiązania formalnego – opowiadania historii z punktu widzenia własnych przeżyć i odczuć. To tutaj swoje korzenie ma romans z obnażeniem kulis pracy, swoisty fellinowski „film w filmie” (co zobaczymy później choćby w „Tataraku”).

Lata 70. były dla Wajdy czasem powrotów do klasyki historii polskiej sztuki i kultury. „Brzezina” (1970), według prozy Iwaszkiewicza (do którego tekstów Wajda będzie często wracał), będąca jednym z najbardziej plastycznych jego dzieł, „Wesele” (1973), „Ziemia obiecana” (1975) czy „Smuga cienia” (1976) na podstawie powieści Josepha Conrada po raz kolejny potwierdziły ogromną klasę i kunszt reżyserski, przynosząc nominację do szeregu filmowych nagród, na czele z Oscarem. Bez wątpienia kolejnym artystycznym precedensem był „Człowiek z marmuru” (1977). Wajda nie tylko podjął się wówczas próby rozliczenia czasów stalinizmu i komunistycznych przemian, ale przede wszystkim zmienił postrzeganie kobiety w polskim kinie. Jego Agnieszka (w tej roli wybitna Krystyna Janda) zawłaszcza przestrzeń przed kamerą, trzyma i steruje nią, ma sprawczość, moc twórczą i możliwość wyrażania się – role zarezerwowane dla mężczyzny. Schyłek dwudziestego wieku upłynął reżyserowi na kolejnych mniejszych i większych projektach filmowych, na czele z „Człowiekiem z żelaza” (1981) budującym mit solidarnościowy, nominowanym do Oscara „Pannom z wilka” (1979), „Biesami” (1988) z Isabelle Huppert czy „Panem Tadeuszem” (1998), do dziś uznawanym za próbę wskrzeszenia narodowego mitu. Jego „Katyń” (2007), a później „Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2011) były pierwszą próbą przerwania milczenia o tak charakterystycznych, historycznych momentach Polski. Wajda po raz kolejny swoim dziełem wbija kij w mrowisko, rozpoczynając narodowościowe spory.

„Powidoki” (2016) to kolejny, ostatni już przejaw genialnej intuicji artystycznej. Pomysł na realizację filmu o Władysławie Strzemińskim, polskim awangardziście zwalczanym za swoją twórczą, niezależną działalność w dobie stalinizmu, Wajda nosił w sobie od lat. Rozpoczynając przygotowania nie mógł wiedzieć, że w momencie premiery polscy artyści będą walczyć o artystyczną wolność i swobodę twórczą. Jak przyznawał: – Czy ten film powstał z gniewu? Nie. Raczej z mojego długiego doświadczenia. Z tego, że widziałem takie czasy i wiem, do czego one prowadzą.

W swoim artystycznym życiu ciągle pragnął więcej. Podczas gdyńskiej prapremiery „Powidoków” zapowiadał, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W czwartek oczekiwano go w Rzymie. Dyrektor Festiwalu, Antonio Monda, uznawał pokaz ostatniego filmu Wajdy za jedno z kluczowych wydarzeń tej edycji. Reżyser sam skromnie stwierdzał: – Trzeba w życiu bardzo dużo rzeczy zrobić, żeby po śmierci ze dwie, trzy zostały. Teraz przyszedł czas na rewizję tego zdania. Andrzej Wajda, ikona polskiego kina, odszedł od nas 9 października 2016. Tym samym dołączył do polskiego Olimpu kultury, zasiadając obok najwybitniejszych. Z głębokim smutkiem dołączamy się do kondolencji składanym najbliższym artysty.

Angelika Pitoń