15.02.2017
Czuję się bardziej kluską niż kobietą
Lena Dunham i jej przyjaciółki z Brooklynu po raz ostatni powracają na antenę HBO. „Dziewczyny” – po pięciu latach regularnego podejmowania niewłaściwych decyzji i próby samookreślenia – dorosły. Teraz, jako reprezentantki pokolenia 30+ miewają egzystencjalne zagwozdki, pytają o sens swoich przyjaźni i celowość pogoni za sukcesem. A wszystko to z właściwą sobie niedoskonałością.
Czuję się bardziej kluską niż kobietą
bohaterki serialu
źródło: Vogue

Witamy w świecie Hannah! Minął rok; u absolwentki creative writingu wiele się zmieniło. Jej kariera bez wątpienia nabrała tempa – teraz drukuje ją New York Times (pytanie dla wnikliwych: jaką kolumnę redagowała Carrie Bradshaw?), a felieton o złamanym sercu przez duet: najlepsza przyjaciółka-były chłopak podbił serca czytelników. Pierwszy odcinek ostatniego sezonu „Dziewczyn” ogląda się niczym wizualną kartkę z pamiętnika: scena otwierająca to długie zdania kolejnego tekstu tworzonego w komputerowym pliku, a kolejne kadry-wycinki pokazują zachwyty i podziw przyjaciół, których oglądaliśmy na ekranie serialu przez ostatnich kilka lat. Wszyscy jesteśmy dumni z Hannah-banana, nasza dziewczynka w końcu dorosła! Obserwowany przez pięć sezonów jej twórczy kryzys związany z brakiem znalezienia właściwego medium i widowni, został – literalnie – zażegnany. Lena Dunham postanowiła wykorzystać przestrzeń serialu, nakazując widzowi stać się jednocześnie czytelnikiem. „Jeśli nie czyta Twoich esejów, nie czyta Ciebie” – grzmiała w drugim sezonie Jessa. Teraz Hannah Horvath nakłania nie fikcyjnego bohatera, ale swojego widza do ponownego przeczytania jej samej.

Co więc nam oferuje? Przede wszystkim – powrót do źródła, wszystko to, za co pokochaliśmy ten serial. Projekt Leny Dunham od początku zakładał transparentność ciał zwyczajnych dziewczyn i chłopaków. Główna bohaterka w zaledwie 45 minutach pierwszego epizodu epatuje swoją nagością co najmniej kilkakrotnie. Jej brzuch, niewielkie piersi oraz spore uda wylewają się z kolejnych sukienek, szortów i kostiumów kąpielowych. Jessie zostaje poświęcona co najmniej kilkudziesięciosekundowa scena, kiedy naga je jogurt na kanapie. Adam natomiast paraduje obnażony przed kamerą. Nawet Marnie – której ciało do tej pory nie ulegało politycznym zawłaszczeniom – zostaje teraz wpasowane w ciasną toaletę. Bohaterowie pielęgnują permanentnie niezadowalającą kondycję ich ciał; atakują swoją nieatrakcyjnością, przekraczają społeczne granice dobrego smaku. Dziewczyny i chłopaki dokonują na ekranie striptizu ponowoczesnego – są wyzwoleni, wyemancypowani, świadomi swojej wyjątkowości.


Dekonstrukcja tego, co akceptowalne i normatywne dokonuje się nie tylko na polu wizualnym. „Dziewczyny” po raz kolejny wyciągają widza ze strefy komfortu. W ciągu tylko pierwszego odcinka oglądamy na ekranie kilka różnych scen erotycznych, tak odbiegających od tego, do czego przyzwyczaił nas choćby przełomowy kiedyś „Seks w wielkim mieście” – największy anty-odnośnik serialu Dunham. Okazuje się, że Carrie oraz jej eleganckie koleżanki nie miały pojęcia o zwyczajnym, codziennym seksie, natomiast Hannah Horvath naprawdę coś o nim wie. Z właściwą sobie dezynwolturą nie boi się poruszać przy tym niewygodnych tematów, nadal uznawanych za tabu. Tu: zajmuje się kwestią seksualnego stosunku uprawianego po alkoholu. Po suto zakrapianym kolorowymi drinkami wieczorze następuje poranek: budzi się obok niedawno poznanego mężczyzny. „Dziewczyny” wręcz instruktażowo pokazują, jak w takim wypadku należy się zachować. Dunham i jej ekipa wydaje się chcieć finałowym szóstym sezonem mocno tupnąć nogą, co tydzień prowokując do dyskusji poruszających nośnie społeczne kwestie.

W „All I Ever Wanted” – pierwszym pokazanym odcinku – nie zobaczymy starych dziewczyńskich rozmów. Od pierwszej do ostatniej minuty wiemy, że najważniejsza jest tutaj Hannah, która wykracza poza mury swojego pokoju i anektuje przestrzeń miejsca innego niż dotychczas eksplatowany Nowy Jork. Bohaterka wyjeżdża na letni obóz serfowania, gdzie poznany chłopak (Riz Ahmed – pilot-buntownik z „Rogue One”, który jest jednocześnie jednym z dowodów różnorodności etnicznej „Dziewczyn") okazuje się najważniejszym partnerem do długich rozmyślań. To właśnie nauczyciel-serfer pokazuje Hannah naiwnie prostą filozofię życia wyjętą z instagramowych profilów, która zamknięta jest w słowach: nikt nie potrzebuje złych wibracji. Mam nadzieję, że jedna z najoryginalniejszych produkcji HBO spod znaku feminizmu nie zboczy w ścieżkę dużych sukcesów, wielkich miłości i szczęśliwych zakończeń. Siła „Dziewczyn” zawsze tkwiła w „złych" wibracjach, uporczywej negatywności, nieeleganckich porażkach oraz ciągłym powtarzaniem tych samych błędów. Oby Lena Dunham znowu nas nie zawiodła i nie wciągnęła swoich bohaterów w spiralę parszywych pozytywów.

Angelika Pitoń