08.07.2017
Bonnie i Clyde jeżdżą bez trzymanki
Słoneczny dzień. Podejrzanie wyglądająca trójka wysiada z auta, błyskawicznie dokonuje napadu i biegnie z powrotem w stronę pojazdu. W środku czeka chłopak z słuchawkami na uszach, który chyba dopiero co urwał się z imprezy. Niech Was jednak nie zmylą Ray-Bany i podrygiwanie w takt muzyki – to prawdziwy szatan za kółkiem! Rozpoczyna się szaloną ucieczka przed policją, a to wszystko w jednym długim ujęciu. Zapnijcie pasy, Baby dopiero się rozkręca!
Bonnie i Clyde jeżdżą bez trzymanki
"Baby Driver"
źródło: materiały prasowe

Gdy już zamyka za sobą drzwiczki superszybkiego auta, staje się pozornie zwyczajnym nastolatkiem. Pozornie, bo jednak nie każdy młody człowiek opiekuje się swym niepełnosprawnym ojczymem i robi niememu staruszkowi kanapki z masłem orzechowym, koniecznie rozsmarowanym po same brzegi, a w wolnych chwilach remiksuje zgromadzone w ciągu dnia nagrania ze swoich rozmów z ludźmi. Lubi też spędzać czas w kawiarni, w której kiedyś pracowała jego matka, a szczególnie odpowiada mu towarzystwo pracującej tam kelnerki Debory, która wydaje się być zaginioną siostrą Shelly z „Twin Peaks”. Jak nietrudno przypuszczać, tych dwoje połączy już wkrótce płomienne uczucie, które każe chłopakowi zweryfikować swoje plany na przyszłość. Powiedzieć jednak, że „Baby Driver" Edgara Wrighta, ten intertekstualny, buzujący na wolnym ogniu popkulturowy kocioł, to urocze zderzenie kina akcji i klisz klasycznego melodramatu, to jak słuchać muzyki z jedną tylko słuchawką w uchu.

Ruch od zarania kinematografii stanowił jej kwintesencję. Czy można sobie zatem wyobrazić bardziej archetypiczną, ludyczną i ponadczasową w swej wymowie metaforę kina niż film, którego protagonistą jest utalentowany kierowca, a samych błyszczących maszyn jest więcej niż bohaterów, choć bynajmniej nawet najbardziej lśniąca karoseria nie jest w stanie przyćmić tych wyrazistych osobowości? Tytułów inspirowanych fascynacją motoryzacją, o wyścigach samochodowych czy nietuzinkowych osobnikach za kierownicą nakręcono już zapewne wiele, ale w kontekście najnowszego dzieła Wrighta warto przypomnieć co najmniej dwa spośród nich. Mowa o „Driverze” (1978) Waltera Hilla oraz nagrodzonym Złotą Palmą za reżyserię na festiwalu w Cannes „Drive” (2011) Nicolasa Windinga Refna. Dwóch Ryanów – odpowiednio O’Neal i Gosling – wykreowało jednak nieco inny typ zblazowanego, poobijanego przez życie mężczyzny, który nieustannie występuje sam przeciw wszystkim. Baby to także bohater z przeszłością, jednak w przeciwieństwie do bezimiennych panów z tytułów Hilla i Refna dane nam jest ją poznać. Edgar Wright równie sprawnie jak wspomniana dwójka reżyserów poczyna sobie z konwencjami kina gatunkowego, jednak zastosowany przez niego kaliber dedramatyzacji kina gangsterskiego jest znacznie lżejszy i służy prędzej pastiszowi niż ponurej refleksji serwowanej w polewie neo-noir czy oprawie slow motion. To zaś, co bezwarunkowo łączy te trzy produkcje, jest słyszalne w bezczelnie doskonałych soundtrackach, a widzialne w brawurowych, pozbawionych pomocnej ręki CGI sekwencjach pościgów samochodowych. No i jest jeszcze ona – piękna kobieta u boku, dla której są gotowi na wszystko.



Nogi z gazu nie zdejmuje tu także nikt spośród ekipy aktorskiej. Ansel Elgort jako młody gniewny o gołębim sercu i spojrzeniu nomen omen skrzywdzonego dziecka mógłby umówić się na wyścigi samochodowe z samym Jamesem Deanem, zaś chemia, jaką wytworzył na planie w duecie z Lily James, czyni ich parą zawieszoną gdzieś pomiędzy młodzieńczym żarem pierwszego uczucia a niezłomnym przywiązaniem spod znaku związku Bonnie i Clyde’a. Sylwetka Jamiego Foxxa w roli nieobliczalnego Batsa momentami zlewa się zupełnie z nonszalancką manierą Samuela L. Jacksona, Kevin Spacey jak zawsze nie zawodzi, a Jon Hamm i Elza González kreują oparty na niemalże niewolniczym i cokolwiek niezdrowym oddaniu tandem, którego nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce – a szczególnie spojrzeć w oczy ponętnej Darling, bo zemsta chorobliwie zazdrosnego Buddy’ego będzie straszna.

Edgar Wright stworzył film zupełnie niezwykły, zapierający dech w piersiach efektownymi scenami pościgów i strzelanin oraz hipnotyzujący fantastycznymi ujęciami wydobywającymi w trybie slow motion najpiękniejsze barwy otaczającego nas świata. Największe wrażenie wywołuje tu jednak bezkonkurencyjne zinterioryzowanie ścieżki dźwiękowej przez tytułowego bohatera, pozwalającego na bezkarne i autentyczne identyfikowanie się z nim. „Baby Driver” to bowiem brawurowa jazda bez trzymanki z najlepszym soundtrackiem, jaki można sobie wyobrazić. Naljepszym, bo skomponowanym z sercem i domieszką humoru, bez odhaczania kolejnych sprawdzonych numerów z listy znanych i lubianych przez wszystkich szlagierów, choć i takie przewijają się przez słuchawki głównego bohatera. I szkoda tylko zakończenia, które aż prosiło się o cytat z pamiętnego finału „Thelmy i Louise'a” (1991) Ridleya Scotta. Cóż, ktoś tu chyba przełączył w odtwarzaczu na Cry Baby cry. Co prawda, Beatlesi są dobrzy na wszystko, ale w tym przypadku lepiej byłoby postawić na Elvisa Presleya i dać się porwać dźwiękom Night Rider.

Monika Żelazko