16.02.2017
Alternatywa na salonach
„Queerowe, czarne kino, które nie rozmienia się na drobne – tak Barry Jenkins opisał swoje najnowsze filmowe dzieło. I trafił w samo sedno, bowiem „Moonlight” to bezkompromisowa nowa twarz amerykańskiej kultury srebrnego ekranu, która, choć zakorzeniona w niszy, szturmem zdobywa branżowe bastiony popularności, dotychczas zarezerwowane dla blockbusterów.
Alternatywa na salonach
Grafika promująca film
źródło: moonlight.movie

Wypowiedź reżysera może wydać się nieco lakoniczna, ale nie ulega wątpliwości, że jest też do bólu uczciwa. Powściągliwość Barry’ego Jenkinsa stanowi raczej atut jego twórczości i świetnie wpisuje się w ramy niezależnego kina, które nie potrzebuje finezyjnych epitetów dla skutecznej autopromocji. Do tej pory jednak o amerykańskiej niszy mówiło się rzadko albo wcale, a już na pewno sporadycznie w kontekście najbardziej komercyjnego w świecie filmu wydarzenia, jakim jest wyścig po Oscary. „Moonlight” przełamuje złą passę alternatywy i stanowi obiecujący zwiastun nowej fali w przemyśle za oceanem. Świadczą o tym chociażby sukcesy w Toronto, triumf na rozdaniu Złotych Globów oraz aż 8 nominacji do nagród Akademii Filmowej.

Trzeba jednak przyznać, że opowieść o dorastającym w biednej dzielnicy Miami, ciemnoskórym Chironie, nie jest idealnym kandydatem do Oscara. W końcu w „Moonlight” nie znajdziemy miażdżących sensacją scen, zabraknie też gwiazdorskiej obsady (wyjątkami są jedynie Mahershala Ali oraz debiutująca na wielkim ekranie piosenkarka Janelle Monáe) i dramatycznie zarysowanej fabuły. Dodajmy do tego trójkę amatorów na pierwszym planie i bardzo dyskretnie nakreślone napięcie, a otrzymamy produkcję zupełnie odstającą od profilu potencjalnego laureata najważniejszej nagrody filmowej w Hollywood. Zresztą, Jenkinsowi zapewne niełatwo było dostać się do grona pupilów jury Akademii, która wciąż nie rozprawiła się jednoznacznie ze swoim wstydliwym problemem rasizmu. Na szczęście lista nominowanych każe optymistycznie patrzeć w przyszłość i wierzyć, że tegoroczna gala wręczenia statuetek nie będzie przebiegać pod hasłem #oscarssowhite.

Adaptując autobiograficzną sztukę Tarella Alvina „In moonlight black boys look blue”, Jenkins nie mógł przypuszczać, że po premierze swojej wariacji na temat gejowskiej love story Fabryka Snów rozłoży przed nim czerwone dywany. Nolens volens, autor wysmakowanego dramatu „Medicine for melancholy” (2008), który pokazywaliśmy na naszym Festiwalu, był narażony na szereg zagrożeń, dość często czyhających na twórcę off-owego – bardzo łatwo mógł wpaść w pułapkę przeintelektualizowanej artystycznej ballady lub banału i powtarzalności, co niektórzy zdążyli mu już zarzucić poprzez porównanie „Moonlight” do „Tajemnicy Brokeback Mountain” (2005). W końcu oba filmy zderzają ze sobą świat mężczyzn ociekających testosteronem i żyjących w homofobicznym środowisku z delikatnością prawdziwych, ale głęboko skrywanych uczuć, które wśród twardzieli – zarówno prowincjonalnych kowbojów, jak i ulicznych gangsterów, uchodzą raczej za kłopotliwy, a nawet kompromitujący sekret. Jednak osadzona w zdominowanym przez czarnoskórych narkotykowych dilerów i ich wiernych klientów Liberty City historia chłopaka poszukującego swojej tożsamości nie jest wyłącznie kalką kasowego hitu sprzed kilkunastu lat. Trzyaktowe opowiadanie, będące jednocześnie dosłownie i w przenośni zjawiskową grą światła i cienia, może nie wspina się w podejmowanej problematyce na wyżyny oryginalności, wszak queerowe kino inicjacyjne pojawia się w światowym repertuarze dość często. Mimo to,  pochodzący z „czarnego” getta reżyser, stworzył obraz wyjątkowy, oszałamiający wizualnie i emocjonalnie dotykający wrażliwości niejednego widza.

„Moonlight” stanowi niezwykle uniwersalne, choć ściśle związane z kwestią pochodzenia i życia w zamkniętym społeczeństwie, studium psychologiczne, które w oszczędnych, a wręcz lakonicznych dialogach i subtelnej grze zmysłów odżegnuje się od wyolbrzymionej kontrowersji i realizatorskiego rozmachu. W intymnej, nie powielającej schematów rzeczywistości, włącza widza w poszukiwania odpowiedzi na kluczowe egzystencjalne pytania nurtujące chłopca, nastolatka, a potem mężczyznę, borykającego się z brakiem ojca, agresją otoczenia, narkomanią zagubionej matki i ukrytym pod pancerzem milczenia i wycofania, a w potem góry mięśni i ciężkich, złotych łańcuchów, kiełkującym homoseksualizmem. W dziele Jenkinsa znajdziemy więc elementy niepozbawionego tragizmu dokumentu rodzinnego i poetyckiej pieśni niewinności, które, co może wydawać się paradoksalne, zgrabnie łączą się z agresywną kulturą czarnego rapu.

Przede wszystkim jednak „Moonlight” jest skrupulatnie dopracowaną dźwiękowo i wizualnie odą do wolnej miłości, która w niezwykle ascetycznej, ale poruszającej formie uświadamia publiczności, że w walce o własną tożsamość nie ma zwycięzców i przegranych. W kluczowym momencie filmu Chiron słyszy bowiem, że odkrycie własnego „ja” to nic innego, jak instynktownie i samodzielnie podjęta decyzja, nie dająca, podobnie jak nieustępliwy i artystycznie konsekwentny Barry Jenkins, przyzwolenia na atak presji otoczenia.

Paulina Januszewska