13.05.2017
1:1 z samym sobą
Jak mawiał słynny selekcjoner narodowej reprezentacji, Kazimierz Górski - „Mecz można wygrać, przegrać albo zremisować”. Brzmi jak życie? Owszem, ta nieco humorystyczna senetencja zdaje się doskonale podsumowywać losy choćby niejednego piłkarza. Wybór powracającego po latach do gry Kidawy-Błońskiego padł na Jana Banasia.
1:1 z samym sobą
Kadr z filmu "Gwiazdy"
źródło: materiały prasowe

Główny bohater „Gwiazd” już od pierwszych ujęć szykowany jest na buntownika bez powodu. Początkowa scena, rozgrywająca się na komisariacie, stanowi ramę narracyjną dla całej historii, która będzie snuta z ekranu w formie rozciągniętej niemal do dwóch godzin retrospekcji. Widzimy Mateusza Kościukiewicza, ubranego nomen omen w białą koszulę i czerwoną kurtkę, siedzącego na krześle z opuszczoną głową i burzą zmierzwionych włosów. Chmurne spojrzenia spode łba rzucał będzie w filmie jeszcze nieraz, a zakrwawiony obecnie nóż sprężynowy, którego nie powstydziłby się sam James Dean, urośnie do rangi lejtmotywu. Prosto z niewygodnego krzesła w pokoju przesłuchań jednej z niemieckich komend wyruszamy w niebezpieczny rajd wytyczany szlakiem marzeń, sukcesów, a częściej porażek i rozczarowań.

Sebastian Fabijański, jak sam przyznaje w wywiadach, planował karierę piłkarską. Jego ostateczny życiowy wybór dla fanów rodzimego kina jest jednak strzałem w samo okienko. Wyrastający na pierwszego gangstera polskiego podwórka młody aktor – tym razem w nieco mniej jednowymiarowej roli – przekonuje o swym aktorskim talencie niemniej efektownie niż w scenie, gdy robi tak zwaną „ruletę” na boisku. Ekranowemu dryblingowi Mateusza Kościukiewicza z niełatwą postacią utalentowanego chłopaka wiecznie miotającego się między murawą a szatnią, z której wysypują się kolejne zawirowania w życiu prywatnym, niestraszne jest nawet krótkie krycie przez narrację z offu. Ławka rezerwowych na drugim planie prezentuje się równie okazale. Eryk Lubos, po świetnej kreacji u boku Magdaleny Boczarskiej w „Sztuce kochania...”, znów udowadnia, że nie trzeba mieć urody amanta, by zawojować ekran i kraść każdą scenę ze swoim udziałem. Partnerująca mu Magdalena Cielecka odważnie poczyna sobie z postarzającą ją charakteryzacją. Na uwagę zasługują też gościnne występy Grażyny Torbickiej, która wcieliła się w postać legendy telewizji, a zarazem własnej matki – Krystyny Loski, oraz Witolda Paszta, który jako trener Geza otrzymał na szczęście większe pole do popisu. Oklaski z każdego sektoru stadionu należą się także dziecięcej części obsady, na czele ze znanym z „Baby bump” (2015) Kacprem Olszewskim.



Na spalonym nie daje przyłapać się także Michał Englert, którego znakomite zdjęcia utwierdzają pozycję Jana Kidawy-Błońskiego w pierwszym składzie najbardziej utalentowanych ekranowych malarzy epoki PRL-u. Tu symbolem luksusu jest obszyty futerkiem biały kożuszek, stylowy kapelusz i cygaro w ustach. Na drugim biegunie czyha kaszkiet, wesele na podwórku i wódka lana wprost do szklanki z piwem. Brud Śląska przełamywany jest tu nostalgicznym „Put your head on my shoulder” Paula Anki, ale hymnem ku wolności okazuje się w finale „Sen o Victorii” Dżemu. Cóż, najwyraźniej nie tylko Rysiek Riedel był skazany na bluesa.

Nieco rozczarowuje fakt, iż najbardziej widowiskowe ujęcia, miast na boisku, mają miejsce na licznych bankietach, gdzie wódka leje się strumieniami, a kobiety są piękne i gotowe na wszystko z gwiazdami reprezentacji. Szkoda trochę potencjału piłkarskich sekwencji, bo te, które ostatecznie znalazły się w filmie, zdecydowanie budzą apetyt na więcej. Fabularne zwroty i przewrotki składające się na „Gwiazdy” czynią więc ostatni film Jana Kidawy-Błońskiego – by podążyć za plakatowym taglinem – raczej opowieścią o wielkiej miłości niż wielkiej piłce. Czasem bowiem wywołuje ona więcej zamieszania niż ostatnia minuta meczu w polu karnym.

Monika Żelazko